Nie wszystko złoto co... czyli z życia wzięte cz.I

Marianna Dembińska - polska hrabianka, bizneswoman i specjalistka od gaf. Mieszka we Włoszech, zajmuje się dystrybucją i promocją win. Napisała autobiograficzną powieść "Tobie to dobrze" i sztukę "Casting", której polska premiera niedawno odbyła się na deskach opolskiego teatru.
Emigrantem być
Dnia Pańskiego 7 maja 2005 roku siedziałam sobie na rozgrzanej wiosennym słońcem werandzie i rozmyślałam o najśmieszniejszych czy najgłupszych - zależy od punktu widzenia - sytuacjach „ z życia emigranta", jakie przeżyłam bądź, o jakich słyszałam. Podobno lekarze przyzwyczajają się do widoku śmierci, żołnierze do wojen a emigranci....do wszystkiego po trochu.No niby jak już ktoś decyduje się na porzucenie kraju, rodziny, pierogów i kotletów schabowych, wie, dlaczego to robi. Ja powiem inaczej: wie, co zostawia, ale nie ma pojęcia, co do tego, co znajdzie.
A - cóż - w wielu przypadkach zostawienie w kraju teściowej wydaje się rozwiązaniem idylliastycznym. Nowy kraj - w przekonaniu przyszłego emigranta jest inny, lepszy, bogatszy, normalniejszy. W bliżej nieokreślonym „ TAM" nie ma skandali, bezrobocia, biednych i kryminalistów. Myślimy o nim ( czyli „TAM") jak o wymianie starego samochodu na nowy - bez żadnej dopłaty. Tak dzieje się jednak tylko w bajkach. W rzeczywistym świecie nie ma nic za darmo, a im mocniejszy silnik, tym droższe ubezpieczenie. Pytania „ standard", na które wypada odpowiedzieć by nie uchodzić za gbura to: „ a jakie są u was samochody"? Kilka razy odpowiedziałam, że ekologiczne... opalane drzewem. Teraz już tak nie odpowiadam, bo kilka osób wzięło moją głupią odpowiedź na poważnie i zarzekali się, że oni te samochody opalane drzewem w Polsce widzieli.... biedny kraj...
Znajomy mój - Grzegorz mieszkający w Chicago - opowiedział mi sytuację, która rozbawiła mnie do łez. Koleżanka jego - Asia - znalazła się wśród Amerykanów na kolacji. Jeden z nich (ciekawy świata) spytał: a u was na wsiach są konie?
- Tak, odpowiedziała Asia (urodzona i wychowana w na Gdańskiej starówce) raz jednego widziałam. Żegnając się owy Amerykanin, nie dając za wygraną zapytał: to jeden koń całą wieś obrabia? Oczywiście na myśl mu nie przyszło, że u nas też są traktory...
Cóż, ja na to pytanie odpowiedziałabym tak: mało tego, zawozi dzieci do szkoły, kursuje zamiast autobusu a może jeszcze gra na skrzypcach podczas wesel (i kosztuje taniej, bo nie pije wódki jak normalna orkiestra tylko je siano.) Albo nie. Je kostki lodu - bo trawa jest daniem narodowym Polaków - różnie przyrządzana...zależy od regionu. Na przykład na Śląsku - z węglem - ułatwia trawienie i ładnie czyści zęby. Próbowałam. Raz czyścić zęby (za namową koleżanki, dzięki Agnieszka!) węglem takim w tabletkach. Oczywiście trzeba dobrze wypłukać buzię, bo jak nie - to żaden efekt, i o ile możliwe nie dać się sfotografować, bo można paść ofiarą szantażu.
Kiedy emigrant zaczyna się zastanawiać czy dobrze zrobił opuszczając kraj? Moim zdaniem wielu w pierwszy miesiąc po przybyciu do nowej ojczyzny. Ojczyznę tak naprawdę ma się jedną, ważne gdzie się człowiek urodził a nie gdzie mieszka. Pierwsza żona też zawsze jest pierwsza i w pewnym sensie jedyna. Jak dziecko spoza małżeństwa czy zawał.
Wyobrażenia o życiu za komuny też są....o rany! Nie mnie osądzać systemy polityczne, jest za, jest przeciw. Jak w każdej innej sytuacji. Swego rodzaju „ folklor" do dziś działa jak balsam na serce. Wspomnienia z dzieciństwa. Ta „ inność". Wiele się zmieniło, i czasami zastanawiam się do jak wielu rzeczy przyzwyczailiśmy się i są dziś całkowicie normalne i naturalne...a jednak... ale zgubiłam się trochę, chciałam pisać o wyobrażeniach komunizmu w oczach tych, co go przeżyli. Komunizm. Słowo, które przyprawia o dreszcze współczesnych demokratów, którzy w imię wolności i by doprowadzić do upadku dyktatur bombardują wsie i miasta. Tak właściwie o komunie to niech sobie myślą, co chcą, a ja zmienię temat, wolałabym uniknięcia „kazań" od osób, które na siłę (w imię wolności) będą mi chciały wytłumaczyć, iż najlepszym sposobem na przyniesienie do danego kraju wolności jest wojna. (No, bo jak inaczej żołnierze mogliby próbować ostatnie modele zabawek???)
Jak żyliśmy z....???
Zielona sałata (był tylko jeden rodzaj i nie miała żadnej nazwy, to była po prostu sałata!). Robiło się ze śmietaną. Sos vinaigrette nie był znany, a poza tym nie było ani octu winnego ani oliwy z oliwek. Nie było avocado, łososia, karczochów, szparagów, win takich robionych z winogron (były z jabłek i innych owoców). Dzisiaj, żony w każdym wieku używają w kuchni 5 typów zielonej sałaty (nazywając je po imieniu), i robią kanapki z wędzonym łososiem. Postęp.
Pamiętam jak - chyba w 4 klasie szkoły podstawowej pani „od polskiego" opowiadała nam po swym powrocie z Francji o różnicach kulturowych. Jedna utkwiła mi w pamięci. Była szokująca. A mianowicie ci Francuzi, do każdego obiadu i kolacji piją wino. A u nas jak ktoś codziennie pił, to był nikczemnym alkoholikiem i marginesem społecznym niszczącym państwo. Przypomniałam sobie drugą szokującą chyba jeszcze bardziej wiadomość. „Oni" ( to znaczy Francuzi) nie otwierają butelki za każdym razem, i ( UWAGA!!!) nie wypijają jej do końca. Otwierają przy obiedzie, piją po lampce i tą samą ( wcześniej otwartą do obiadu, podkreślam) butelkę podają do kolacji. Kto to widział? A taka to niby cywilizacja... U nas, w tych latach niedopitą butelkę widać było nad ranem po balandze, jeżeli jej uczestnicy po prostu padli, a podać gościom coś z otwartej butelki....Hm owszem, koniak, ale rodzin spoza Warszawy, które miały go w domu, było jak na lekarstwo.
A dzisiaj - no proszę - jedziesz do znajomych i może łyczek tego, kieliszeczek tamtego. Kiedyś chyba zdobycie butelki czegokolwiek do picia było już doskonałym pretekstem do imprezy. Trochę mi żal, że w tych czasach byłam za mała na wiele rzeczy.
No, bo pamiętam, że słyszałam imprezy, bo ktoś kupił pralkę czy lodówkę. A dzisiaj? Nawet parapetówy znikają.
No tak. Jak już się za tą granicę wyjeżdżało, to się człowiek uczył tego, co dziś wiemy i bez wyjazdu za granicę? Kiedyś w Polsce mało, kto miał telefon, dziś nastolatki szpanują komórkami. Więc, po co dzisiaj wyjeżdżać? Jest po co.... życie w innym kraju hartuje, o tym jak już pisałam, uczy pokory, bo nie jesteś u siebie, to tak jak mieszkanie u teściowej (moja przyszła teściowa - Renata - jest kobietą cudowną i ja jak piszę o teściowych nie myślę o tym aniele-kobiecie tylko tak ogólnie się czepiam). To ze strony charakterialno - psychologicznej, a konkretniej - nauczyć się można bardzo dobrze języka, żywego, nie podręcznikowego, no i ogólnie konfrontacja z inną rzeczywistością wzbogaca.
Z życia rodziny
Dzisiaj rodzina wygląda całkiem inaczej niż ta, w której jeszcze miało szczęście wychować się pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków. Wystarczyło groźne spojrzenie ojca i stawało się na baczność, ewentualnie magicznie znikało się do pokoju - bez słowa.
To były czasy! Wyjście na urodziny do koleżanki było swego rodzaju wyzwaniem, bo rodzice mogli:
a) kazać ci wrócić jak zabawa najlepiej się rozkręcała
b) kazać ci wrócić najwcześniej ze wszystkich zaproszonych (ale obciach)
c) pozwolić ci zostać do końca (mnie się to niestety nie zdarzyło ani raz)
d) nie puścić cię wcale, za karę, bo pani z matematyki ( by jej się kreda połamała na kawałki i wpadła w dekolt) powiedziała, że się wcale nie przykładasz, i że udajesz, że nie rozumiesz. Tak dla wyjaśnienia: proszę Pani, ja naprawdę nie rozumiałam nic a nic, i nie znaczy to wcale, że Pani matematyki uczy źle! To ja mam talent w innym kierunku. Więc zgoda?
Mnie najczęściej zdarzała się opcja b. Stałam się, więc mistrzem w wymyślaniu, dlaczego już muszę iść, choć rodzice pozwolili mi zostać do dziesiątej. Wstydziłam się za każdym razem mówić to „ ja już idę", kiedy wszyscy bawili się w najlepsze i tak przez lat kilka wymyślałam różne różności (brzuch mnie boli, idę do domu) a potem... A potem zmądrzałam i nauczyłam się czegoś, co służy mi do dziś: angielskiego wyjścia. Cichutko, dyskretnie, bez słowa do nikogo. Działało.
Dzisiaj wygląda to wszystko inaczej, bo dzieci szwendają się po ulicach to późnej nocy - albo wczesnego rana, i wystarczy jedno groźne spojrzenie.... Dziecka a rodzice znikają do pokoju - bez słowa.
Za moich czasów (rany! Ja mam 30 lat i już tak mówię. Czy to oznaka dojrzałości czy starzenia się?) uczeń był synonimem „nieuka„ a słowo nauczyciel tłumaczone było jako„ten, co ma zawsze rację„. Rodzice - na spotkaniach z nauczycielami wyrzekali się własnych pociech i dawali rację nauczycielom, gdy ci zarzucali, iż córcia czy synuś się nie uczą, a jak się uczą to za mało, a jak siedzą do północy nad książkami, to pewnie przygodowymi a nie z fizyki. Tak. I obiecywali, że przypilnują, że sprawdzą, że przejrzą zeszyty i przepytają przed sprawdzianem.
Dzisiaj.... dzisiaj chcemy dzieci wychować bezstresowo. Słowo uczeń tłumaczymy jako „ten, co szkole zaszczyca swą prezencją" a nauczyciel „ ten, co myśli, że wie„.Dzisiaj, rodzice jak lwy bronią swych pociech i nie tylko na wywiadówkach otwarcie kontestują, iż bzdurą jest uczenie się tabliczki mnożenia na pamięć, od czego jest kalkulator, "Pani jest zacofana i się nie zna"! Mało tego! Przed niektórymi sprawdzianami testami czy pracami domowymi komitywa rodziców atakuje szturmem szkołę i żąda by ta „unowocześniła się, otworzyła horyzonty i zrozumiała potrzebę wolności mentalnej młodych"! A po co im wiedzieć, że stolica Portugalii jest Barcelona...pojadą na wakacje, zwiedzą, zobaczą, zapamiętają!
Tak. I po co my kuliśmy porty Ameryki Południowej? ( Wszystkie!!!) Chodziłam do żeńskiej klasy, wiadomo było, że marynarzem to raczej żadna z nas nie zostanie! Za to jedna jest klawiszem w więzieniu, to może te porty podpowiada więźniom rozwiązującym krzyżówki. Pewnie im zaimponowała.
No i...czy to znaczy, że nas rodzice nie kochali? Jakoś żaden nie powiedział, że jak opłyniemy Amerykę Południową, to się nauczymy, zapamiętamy!
Inna mutacja, jaką przeszła rodzina to ubiór. Dzisiaj (i to mi się podoba) tata wygląda czasami jak starszy brat a mama jak koleżanka. Już nie chodzi mi o liftingi i silikonowe piersi (moja mama jest taka ładna, bo robi sobie maseczkę z drożdży: bierze się świeże drożdże, zagrzewa kilka łyżek mleka mieszając, musi powstać papka, tą papkę nakłada się na buzię i czeka aż zastygnie. Po kilku minutach powstaje skorupa, po ok. 20 min ściąga się wszystko, buzia jest gładziutka jak porcelana a koszt przedsięwzięcia to mniej niż bilet autobusowy by dojechać do kosmetyczki).
Więc, rodzice dzisiaj wyglądają młodziej. Noszą jeansy, mamy długie włosy związują w kucyk a nie w koka, ojcowie golą wąsy i starają się nie mieć brzucha. Super! Drugą stroną medalu są jednak (znowu!!!) te młodsze pokolenia. Dzisiejsze licealistki robią to, co kilkanaście lat temu nie przechodziło przez głowy nawet najbardziej liberalnych uczennic. Już nie będę się czepiać farbowania włosów, makijażu czy malowania paznokci (u nas....jak któraś przyszła pomalowana do szkoły to nie miała prawa wyjść bez żadnej jedynki, zawsze ktoś ją na czymś złapał i z ironią pan profesor a częściej pani profesor mówiła: Kowalska, jeden, siadaj, to miałaś czas się wypinzdrzyć a do rewolucji francuskiej nawet nie zajrzałaś??? Hmmm, ale ....Robią tatuaże (!!!), piercingi (kolczyki wszędzie poza uszami) (!!!), i pewnie wiele innych rzeczy, o których ja, ze względu na stateczne życie nie mam pojęcia, i oby tak zostało. Zmieniło się też pojęcie o „grzecznej córce". Kiedyś, córka na medal to była taka, co miała świadectwo z paskiem, śpiewała w chórze, należała do harcerstwa, uczyła się dwóch języków zachodnich, grała na pianinie i co niedziela chodziła na poranną mszę. Dzisiaj.... może pyskować rodzicom (bo starzy nic nie kapują) ale powinna się powstrzymać od rękoczynów (bynajmniej przy świadkach); może chodzić bez biustonosza do szkoły (byle by założyła koszulkę); może mówić do mamy po imieniu (ułatwia to kontakt pomiędzy pokoleniami) może robić tysiąc innych rzeczy - byleby nie chciała robić kariery uniwersyteckiej - bo mądrą żonę to nie każdy chce, a wyjść za mąż trzeba. Nieco później niż kiedyś, ale trzeba.
Pierwsze objawy tego, że coś się zmieniło widać już w wieku przedszkolnym. Dzisiejsze pięciolatki potrafią włączyć komputer, rozwiązać prosty problem informatyczny, zabić w grze 19 wrogów, zmienić melodyjkę w komórce (własnej), nie znają jednak 100 wierszy Brzechwy, które ja dumnie recytowałam przy dumnych ze mnie rodzicach na każdej rodzinnej uroczystości.
Takie czasy.
Telewizja i realne życie
Kolejna mała-wielka rewolucja to telewizja. Jest inna. Wolna. Podobno.
Pierwsze seriale ( pamiętacie „Niewolnicę Izaurę"? Ja pamiętam tylko z nazwy, bo oglądać filmów po dzienniku nie mogłam dopóki nie zaczęłam chodzić do liceum) paraliżowały pół Polski ( pół, bo chodzi o cześć żeńską naszego kraju). Po Izaurze nastał Dallas, Dynastia ( i wszyscy myśleli, że w Ameryce tak właśnie się żyje, więc wyjeżdżali), potem - zaczęto atakować młode pokolenia i... nastała era Beverly Hills. Ja osobiście uzależniłam się od tego serialu. Przygody Brandy i Brendona fascynowały mnie nie mniej jak ich sposób życia. Uczniowie do szkoły jeździli własnymi samochodami, mieszkali w willach z basenem, i organizowali takie party, że o rany! To jak bardzo utożsamialiśmy się z bohaterami seriali widać do dziś, bo spotkać można dziewczyny o imieniu Isaura czy Cristel, Samanta (ku pamięci Samanty Fox?) Sandra (ta, co śpiewała w Enigmie ?). Nie wiem czy jak ktoś córkę nazywał Alexis to chciał, aby była bogata jak bohaterka słynnego serialu czy aby miała jej charakter ( bo jeżeli chodziło o charakter, to tak jakby sobie rodzice sami kopali grób )?
Mniej więcej w tym samym czasie wprowadzono emisje telefilmów rodzinnych - jak Price of Bel air czy Bill Cosby Show. No i wtedy każdy nastolatek zobaczył na własne oczy, że ma rodziców sztywniaków, którzy nie rozumieją problemów młodych pokoleń, nie rozmawiają o sexie i problemach sercowych. Inna kultura. TAM jest fajniej.
Gdy już wiedzieliśmy jak jest TAM, zobaczyć chcieliśmy na własne oczy jak jest u nas. Kiedyś, było to jasne, bo sąsiedzi się znali, razem pili i bawili się na sąsiedzkich imprezach, pożyczali sobie mięso jak rodzina bez zapowiedzi (bo nie było telefonów) wpadła na obiad. Imprezy nie były w żaden sposób zapowiadane. Wyglądało to mniej więcej tak (tłumacze dla wyjaśnienia młodszym pokoleniom), że jak jakiś sąsiad robił imprezę i było głośno, żona wysyłała męża żeby poprosił sąsiada o trochę spokoju, więc szedł a sąsiad - na przeprosiny stawiał mu kieliszek i tak w ciągu kilku godzin cała klatka siedziała w jednym mieszkaniu. Mężczyźni w jednym pokoju, kobiety w drugim - narzekając na mężów albo śmiejąc się z nich, a dzieci szły szukać rodziców (łatwo było znaleźć - szło się tam gdzie było głośno) i znajdowały siebie nawzajem i też imprezo wały najczęściej popijając oranżadę. Było fajnie. Dzisiaj mięsa od sąsiadów się już nie pożycza, bo babcia wysyła e mail, że przyjedzie na herbatkę, a nawet jakby została na kolację, sklepy są otwarte 24/24, nie ma kolejek za mięsem czy za papierem toaletowym, więc rola sąsiada została zminimalizowana. I tak, by zobaczyć jak żyją inni, nie puka się do drzwi obok (nie wypada) tylko włącza się program z ostatnim medialnym wynalazkiem: reallity show.
Wolność Tomku z kamerami w domku. Reallity. Dzisiejsza rzeczywistość prześcignęła projekty najśmielszych futurystów. Kto by pomyślał, lat temu 15, że ludzie będą się zamykać (z własnej i nieprzymuszonej woli) w domu, w którym kamery są nawet w toalecie, i będą się kłócić, wyzywać, przeklinać, uprawiać sex (bez ślubu?!!) a cała Polska będzie na to patrzeć. A widzieć musimy. Tak. Bo jak nie wiesz, kto to jest Kasia z Gdańska, co odbiła Ewie z Wrocławia Łukasza, co najpierw podrywał Asię z Częstochowy i igrał z jej uczuciami to jesteś nikim. Koleżanki z pracy w przerwie na kawę otwierają oficjalną debatę: Kasia czy Ewa jest bardziej zakochana w Łukaszu? Mężczyźni natomiast robią zakłady: czy Łukasz pójdzie do łóżka z jedną, dwoma czy trzema dziewczynami. Czy nie żyło się lepiej jak była cenzura? Nic nie było wyłożone na tacy. Nawet skecze. Normalny człowiek musiał się nagłowić żeby zrozumieć. (Człowiek, czyli ja, bo miałam lat naście), cenzura nie zawsze się głowiła albo nie zawsze rozumiała... bo przepuszczała.
Co do telewizji, to pamiętam jeden z pierwszych polskich seriali „ W labiryncie". W jednym z odcinków, jeden z bohaterów, aby zastraszyć innego (szczyt podłości! kryminał!) łamie mu znaczek mercedesa (wtedy były takie wystające). Tak. Cała Polska zastanawiała się - jak on mógł i kto tak gówniarza wychował. Ojcowie wymachiwali rękoma w stronę telewizji krzycząc „ja bym szczeniakowi pokazał!" A dzisiaj.... hm...pewnie znalazłby się niejeden, co w geście owym znalazłby „odbicie reakcji na różnice socjalne zarówno w świadomości jak i podświadomości, prowadzące do konieczności rozładowania emocjonalnego napięcia - w związku z tym czynu takiego podtapiać nie można, lecz przyczyny należy zrozumieć!". Amen.
Żyć nie umierać. Kiedyś żeby się rozładował dano by mu do rozładowania pół tony szkolnego węgla.
Na pocieszenie powiedzieć muszę, że nasza telewizja jest jedna z najlepszych na świecie, i właściwie wszystkie śmieci, jakie w niej są to (tak niegdyś szanowany i oczekiwany) produkt z importu. Chcieliśmy otwarcia na świat - to mamy. Obyśmy się nie otwierali więcej niż to konieczne, bo są kraje gdzie programy prezentują nagie kopie gey, a dziennik telewizyjny przerywany jest reklamami!
Będąc pokoleniem, które wyrosło „na Pankracym" (nie bawię się z tymi, co nie wiedza, kto to był!) nie jestem w stanie zrozumieć japońskich manga i supermanów w każdym sosie. Konflikt interesów.
Fajnie jest być zacofaną. Poważnie.
Teleturnieje też kiedyś były inne. Wielka gra. Miały poważne pytania. I nie można było dzwonić po podpowiedź do domu (to nie ma nic wspólnego z brakiem telefonów).
Co jeszcze?.. Cały rok czekało się na Festiwal w Sopocie! Był, co niedzielny koncert życzeń i o rany! Jak mogłam zapomnieć?.... Regularnie widać było w telewizji Harcerski Zespół Gawęda (istnieje jeszcze???? Jeżeli tak, proszę informacje o koncertach).Gawęda. Duma wszystkich harcerzy. Był Bolek i Lolek, Reksiu no i nasi komunistyczni bracia: Wilk i zając.
Co święta oglądało się Samych Swoich i Krzyżaków? Wiem, że był też jakiś film, w którym jedna z głównych bohaterek po śmierci córki idzie do zakonu, tytułu nie pamięta, bo (cytuję moją mamę "to nie jest film dla ciebie"), więc film zagadka jest pewnego rodzaju białą plamą w mojej pamięci.
Proszę o informacje o filmie, bo teraz - skoro już mogę - chętnie go zobaczę i sama ocenię czy jest to film czy nie dla nastolatków.
A może moja mama bała się, że bohaterka mi zaimponuje i ja też stwierdzę, że mam powołanie?
Technika - internet, telefon i inne
Dzisiejsza technika - a w szczególności internet to coś magicznego. Otwierasz komputer ( jak nie wiesz jak poproś pięciolatka plączącego się pod blokiem), i...cały świat stoi przed tobą otworem. Można sprawdzić, jaka jest temperatura w Tokyo, czy pada w Los Angeles ( bez jechania n a miejsce!!!).Można dowiedzieć się w mgnieniu oka czy Pamela Anderson przerobiła sobie po raz kolejny biust, czy Camilla Parker Bowles ma zamiar mieć dzieci, czy Naomi cierpi, bo ją zostawił narzeczony, czy księżniczka Leatizia cierpi na anoreksje. Można sprawdzić średni zarobek Niemca, opinie Francuzów na temat unijnej konstytucji, przeczytać o kryzysie we Włoszech. Można (hm....)ściągnąć film, który dopiero ma wyjść w kinach. Można poczytać sobie o tym jak mieszkają japończycy, jak spędzają czas Australijczycy, jak bawią się Brazylijczycy - wszystko rygorystycznie ukwiecone zdjęciami. No a jak już znamy szczegóły życia odległego od nas o 10.000 km od nas, to logiczne, że nie znamy nawet własnych sąsiadów. Kwestia czasu. Kiedyś szło się do sąsiadki na kawę - teraz siedzi się przy internecie. Tak. I tu większość puszcza wodze fantazji...Mam kolegę, który wchodzi na czat i udaje murzyna mówiącego po polsku ( i tak go nikt nie widzi), bo to się podobno podoba.
Nie wiem, po co to robi. Jego sprawa. Wole nie pytać. Internet pomaga również dzieciom i młodzieży. Można sprzedać na aukcji prace domowa, przeczytać streszczenie, ściągnąć wypracowanie. Po co tracić czas na poszukiwania w bibliotece i czytać przedmiot tak zacofany, beeee jak książka. Osoba cool ( jak nie rozumiecie spytajcie pięciolatka, wytłumaczy wam) nie traci czasu na rzeczy zbędne. Czas to pieniądz. Zamiast tracić czas na czytanie ci bardziej operatywni zarabiają na aukcjach - sprzedając i kupując, i sprzedając wole nie wiedzieć, co. W przerwie na relaks zdobywają niezbędne doświadczenia językowe zagadując na angielskich czatach słowami „ Do you speak polish „? I czasami ktoś odpowiada. Najfajniejsze jest to, że niczego nieświadoma mama przekonana jest, że pociecha siedzi do 3 nad ranem nad lekcjami. Tak. Odrabiają lekcje życia. Inna rewolucja i tu powiem z winy a nie dzięki technologii to brak magii przed nadchodzącymi świętami. Powód? Życzenia. Kiedyś już od początku grudnia wybierało się kartki dla całej rodziny i znajomych. Zadanie to było jednym z najbardziej odpowiedzialnych, jakie mama mogła powierzyć córce. Potem robiło się listę osób, do których należało kartkę wysłać. Lista owa wydłużała się, co dzień, bo przychodziły kartki - niespodzianki i należało szybciutko na nie odpowiedzieć. A teraz? W najlepszym przypadku wysyła się e mail z błyszcząca choinka i muzyka „ Cicha Noc" w wersji rokowej. W najgorszym przypadku rozsyła się sms-y z opcją: wyślij do całej listy kontaktów. I tak nikt o życzenia zazdrosny być nie może - SA identyczne. Oryginalne życzenia dostałam w tym roku od mojego kolegi - dziennikarza i producenta programów telewizyjnych Brzmiały one mnie więcej tak: „ moja mama życzyła mi, aby mój rok 2005 był taki jak 2004. Hm...Mam nadzieje, że chociaż Twój nie będzie do d.... Wszystkiego Najlepszego „On wiem, że opcji „ wyślij do całej listy kontaktów' nie użył - bo by go mama przywołała do porządku, a wiadomość o tym by się jakoś rozeszła.
Wakacje i inne podróże
Sposobów na spędzenie wakacji było kilka. Można było jechać na kolonie (przede wszystkim dzieci górników i pracowników innych dużych zakładów pracy) na obóz harcerski (napisze o nich za moment) albo... do babci czy cioci na wieś. Kiedyś każde dziecko miało babcię na wsi. Te podróże (często na „drugi koniec Polski") odbywały się pociągiem. I właściwie mało ważne było gdzie się jedzie... Przygoda samą w sobie była ta podróż. Około miesiąc przed wyjazdem w domu zaczynały się rozmowy odnośnie czegoś, co sprawiało wrażenie skomplikowanej wyprawy na drugi koniec świata. Seria „czy" zajmowała umysły mych rodziców: Czy jechać na noc czy na dzień. Decyzją nie mniej ważną to, kiedy dokładniej jechać - Czy biuro badań migracji wakacyjnych radziłoby pojechać w środę - zaraz po zakończeniu roku szkolnego czy też w najbliższy weekend?
Czy od środy będą pociągi specjalne?
Czy ich dziecko, (czyli ja) jest wystarczająco duże, żeby wsiąść pierwsze i przecisnąć się jakoś do przedziału rezerwując 2 miejsca? 2, Bo tata dojeżdżał do nas (albo nie) i to chyba też było swego rodzaju standardem. Mężczyźni zostawali w domu. Praca.
Seria moich „czy „ była inna, choć nie nazwałabym jej mniej ważną:
Czy będzie w przedziale jakaś fajna dziewczyna w moim wieku?
Czy - jak będzie - to czy lubi ser?
No, a jak lubi.... to.... czy zamieni się ze mną kanapką? Bo ja na te z serem to patrzeć nie mogę! Mama nie robiła w podróż kanapek z kiełbasą czy szynką, bo podobno może się zepsuć i jej zdaniem, jeżeli jeszcze żyje to tylko, dlatego, że w podróży jadłam kanapki z serem... I tak powstają kawały o blondynkach...
No, więc jak już siadałyśmy w przedziale mama otwierała książkę na przykład o historii sztuki afgańskiej albo życiorysy wszystkich amerykańskich prezydentów (aby pokazać swą wyższość siedzącym z nami osobom), które w takim razie nie wiedziały czy jest nieśmiała i wstydzi się zagadywać, czy nie chce się z nimi mieszać. Ja natomiast patrzyłam paniom z nami siedzącym prosto w oczy i nie zagadywałam jako pierwsza, bo jako dziecko nie mogłam. Ale... Jak tak wołałam wzrokiem „Ratunku! To miała być podróż mojego życia!" zdarzał się cud. Pani siedząca naprzeciw pytała czy chcę ciastko i gdzie jadę.
O! Błogosławiona kobieta! Ciastko jak najbardziej (chociaż nie lubię słodyczy i nie jem czekolady, ale zjadałam dla podtrzymania kontaktu, po czym chwaliłam, że było pyszne).
No i jednocześnie zaczynałam opowiadać wszystko, co mi do głowy przychodziło, więc opowiadałam o tym, że chodzę na basen i że mój instruktor, co tydzień ma inną koleżankę, że znalazłam pieska i przyniosłam go do domu i rodzice na początku nie chcieli, ale się przyzwyczaili, że tata mi powiedział, że będę mieć siostrę albo brata i spytał, co bym wolała. Ja wolałabym być jedynaczką, ale jak już mam wybierać to niech będzie siostra. Tak się stało. Zamówienie zostało zrealizowane, gdy miałam lat 11. O tym jak to przyjęłam napiszę za moment, a teraz o tym, co zmieniło się po pojawieniu się Małgosi (ja nazywam ją Mała Gosia a nie Małgosia). W podróże do babci zaczęliśmy jeździć z tatą samochodem, nie, dlatego że pociągów już nie było.... Mama nie chciała jeździć sama z dwójka dzieci - bo nigdy nic niewiadomo. Dla mnie to jakaś wymówka. Kto wie? Mama zaprzecza (jak milion innych rzeczy) i twardo twierdzi, że chodziło o nasze bezpieczeństwo, a dwójka dzieci to dwójka dzieci.
No, więc te podróże samochodem wyglądały tak, że po pierwsze nie jadło się kanapek z serem, tylko stawaliśmy gdzieś po drodze. Aha. Przed wyjazdem ja, Mała Gosia i Azi ( nasz pies, którego wzięłam od mojego nauczyciela angielskiego „na Mikołaja" w prezencie dla Małej Gosi) dostawałyśmy kotlet schabowy z aviomarinem w środku (my też, bo Azi sama kotleta z aviomarinem nie chciała jeść).
Podróże samochodem były inne, ale interesujące. Nie poznawało się nowych ludzi, chyba, że przez szybę. No i machałyśmy ja i Mała Gosia jak nam tata mówił, że samochód, co mijamy to „swój".
Wakacje cd - na obozach harcerskich
Do harcerstwa zaczęłam należeć (na początku do Zuchów) jak miałam lat 6, ale na pierwszym biwaku byłam jak miałam mniej więcej roczek. O tym, co przeżyłam w harcerstwie można by napisać osobną książkę, teraz tak pokrótce The best of....( jak nie rozumiecie spytajcie pięciolatka, co plącze się przed waszym domem).
Powiedzmy tak... Jako dziecko jeździłam na obozy, bo brała mnie mama. Podobało mi się, owszem... Ale... Harcerką z przekonania stałam się w wieku lat, około 14, kiedy odkryłam, że jedyna wymówka, jaka działa na moją mamę doskonale i stuprocentowo to harcerstwo. Czuwaj!
Tak. Mama, jakby mogła jeszcze dzisiaj zabroniłaby mi wyjazdu na wakacje z koleżankami, bez obecności żadnej dorosłej osoby (mój narzeczony Roberto zalicza się do kategorii odpowiedzialnych dorosłych), a co dopiero lat temu naście... Weekend z koleżankami z liceum??? Nawet nie pytałam w domu, bo by mnie ukarali za samo głupie pytanie! No i z góry znałam odpowiedź: „jak będziesz dorosła, będziesz robić, co tylko będzie ci się podobać problem w tym, że w oczach mojej mamy poprzeczki dorosłości nie przekroczyłam do dziś. I z tą dorosłością i z tym, że robi się, co chce nie do końca się zgadzam... Niby można, ale nie uchodzi... No, więc jak miałam mniej więcej 14 lat, odkryłam, że harcerski biwak.... albo manewry, tego rodzice nie mogli córce zabronić!!! No, więc jeździłam! I co się tam działo!!!!
Nauczyłam się grać na gitarze, używać kompasu, rozkładać namiot, rozpalać ognisko, pić piwo i palić papierosy. O dwóch ostatnich mama dowie się czytając te wspomnienia. Może uda mi się jej wmówić, że to tylko fantazja autora. No, więc momentów, których nie da się zapomnieć, choć minęło już trochę czasu, jest mnóstwo. Zadaniem jednym z najbardziej odpowiedzialnych była warta. 24 godziny na dobę, parami, z dwugodzinnymi zmianami, każdy odpowiedzialność tą brał na siebie. Warta była konieczna by: zobaczyć czy ktoś się nie wymyka z namiotu, i to już było ważne, ale najważniejsze było pilnowanie chorągwi znajdującej się w centrum placu apelowego. Dlaczego? Sąsiednie obozy mogły się zakraść w nocy i ją ukraść. Nie chodziło o metr kwadratowy materiału. Sam fakt. Po pierwsze fakt, że komuś ukradziono flagę rozchodził się po sąsiednich obozach no i wstyd jak rany... A poza tym obóz, któremu udawał się ten wyczyn żądał za zwrot chorągwi okupu. Okupem mogło być na przykład 5 kg jagód, a zbierać je przez cały dzień - nie zjadając samemu, było najgorszą karą, jaka mogła się zdarzyć. Inną rzeczą, jaką wspominam była dyscyplina i karne nocne alarmy. Wyglądało to tak, że jak ktoś coś przeskrobał, budzono nas o 3 nad ranem, dawano nam 2 minuty na ubranie się i spakowanie plecaka (na obóz harcerski nie jeździło się z walizką, tak jak nie chodzi się w górach na obcasach i z parasolem). Po czym kazano nam biec parami i co chwilę słyszeliśmy wypowiadane przez znienawidzonego w tym momencie druha słowo, a raczej rozkaz: Padnij. Sadyzm druhów był bezgraniczny, bo rano pobudka była o normalnej godzinie, gimnastyka, apel, śniadanie... Podczas śniadania wymienialiśmy opinie o minionej nocy... Zastawialiśmy się jak też się chciało tym druhom wstać, żeby nas pogonić przez pół nocy. To zrozumiałam jakiś czas później, gdy druhną zostałam ja. No, więc, oni, (czyli druhowie) nie zrywali się o 3 nad ranem, żeby nam robić alarm, oni po prostu imprez owali i nie kładli się spać! Będąc osobami dorosłymi podtrzymywali się zakazanym mi jeszcze wtedy nektarem bogów - prozaicznie zwanym kawą. Mając kilka lat więcej niż my, musieli pokazać „kto tu rządzi" w przeciwnym razie, weszlibyśmy im na głowę, a odpowiedzialność jest wielka. Były też inne alarmy, również nocne, szukaliśmy skarbów i rozwiązywaliśmy zagadki. Te były świetne. Dzień później mogliśmy spać godzinę dłużej, i nie było gimnastyki.
Chciałabym skorzystać z okazji i wszystkim podziękować, za te „padnij" z ciężkimi plecakami też. Jeszcze jedno... Rano, na apelu była mała inspekcja, i jeżeli jakiś jeden guzik nie był zapięty - druh miał prawo (z którego często korzystał) obcinać wszystkie guziki... Nie wiem, jak teraz nastolatki spędzają wakacje. Często jadą, czy lecą z rodzicami nad ciepłe śródziemnomorskie morze, ferie zimowe spędzają w Alpach na nartach. Ja przywilej zwiedzenia wielu, wielu krajów też miałam, a właściwie mam, ale nie zamieniłabym za nic na świecie moich wspomnień z dzieciństwa.
Sok pomarańczowy i....
Zgubiłam po drodze moją siostrę. No, więc pamiętam, miałam troszkę więcej niż 10 lat, pewnej niedzieli mama zawołała mnie do sypialni rodziców. Siadłam, więc na wielkim babcinym łożu, mama otworzyła skrzeczącą szafkę nocną i wyciągnęła z niej malutkie ubranka. Zrozumiałam od razu, że nie są dla lalek - bo z nich - czyli lalek - w między czasie właściwie wyrosłam i w czasie wolnym uczyłam się haftować i robić niesymetryczne serwetki. Kilka tygodni wcześniej wprowadziła się do nas moja kuzynka z Grudziądza, która lat mogła mieć wtedy dwadzieścia, nie była mężatką, ale była dorosła i taka fajna, bo miała zawsze dla mnie czas i traktowała mnie jak poważną osobę.
No, więc jak zobaczyłam te ubranka i mama spytała mnie czy wiem, dla kogo mogą być wykrzyknęłam: „ No jasne, że wiem! Dla Joli! Mamę trochę wmurowało, bo pomyślała, że ja może coś słyszałam albo wiem coś, czego ona nie wie. Oczywiście gdyby Jola zaszła w ciążę, podczas gdy mieszkała u nas byłoby to nie lada skandalem. Nie wiem jak odkryli, że z Jolą wszystko było jak najbardziej w porządku, a mnie mama powiedziała, że za kilka miesięcy mieć będę siostrę lub brata. Jak już Mała Gosia się urodziła, tego wieczora przyszło do nas nie wiem ile osób z zapytaniem, czy „JUŻ" no i czy wiem czy to chłopczyk czy dziewczynka? Rezolutnie odpowiedziałam, że tata twierdzi, że mam siostrę, ale jemu nie można wierzyć, bo on zawsze żartuje. No, więc chyba niedaleko padło jabłko od jabłoni.
Sok pomarańczowy z Małą Gosią nie ma nic wspólnego, więc już tłumaczę, o co mi z tym sokiem chodzi. No, więc, jak już te wszystkie filmy zachodnie i amerykańskie zagościły na naszych ekranach, i jak zaczęliśmy tu i ówdzie wyjeżdżać, moim sposobem określania tego czy ktoś był bogaty czy nie, było to czy.....miał do śniadania - każdego dnia, nie od czasu do czasu, sok pomarańczowy.
Nie ważne czy świeżo wyciśnięty czy z kartonu. Miał być sok. Zastanawiałam się, kiedy stanie się normalnością w Polsce. Dzisiaj jest, więc wszyscy jesteśmy bogaci i niech żyje sok pomarańczowy.
W czasach, kiedy nie było soków pomarańczowych, każda rodzina spędzała lato na robieniu przetworów (moja mama udawała, że robi żeby poczuć się jak normalna gospodyni, ale tak naprawdę to zawsze znajdywała sobie kogoś, kto większość tej żmudnej roboty na nasze zimowe wieczory robił. Raz pamiętam, robiła marmoladę i zasnęła, jeden słoik wysadziło i zawartość wylądowała na świeżo malowanym suficie, chyba wtedy tata jej zakazał robienia czegokolwiek w słoikach za wyjątkiem ogórków kiszonych).
No, więc te kompoty, dżemy, konfitury i soki (np. mniam malinowy) były dobre, ale.... ja czekałam na sok pomarańczowy w kartoniku. Dzisiaj, wszyscy kupują gotowe soki, mało kto robi przetwory, a ja.... o niczym innym nie marzę, jak o tym by pewnego roku nakupić czereśni, śliwek, malin i gruszek (jabłek nie, bo nie lubię kompotu z jabłek), i narobić tyle kompotów, żeby zostały do następnego lata, i myślę sobie, że jeżeli podałabym je do stołu rodzinie czy znajomym ich miny byłyby równie zachwycone jak moja x lat temu na widok soku pomarańczowego z kartonika.
Co do przetworów innego typu, pamiętam w jakiejś gazecie rysunek: chodnik, biegnący po nim mężczyzna, kamienica, widać okno piwnicy a w niej rurki rureczki i napis: „wszyscy gdzieś pędzą". To akurat zrozumiałam od razu, bo gdy byłam w 3 klasie SP rodzice poszli na bal Sylwestrowy a do mnie, na noc przyszła koleżanka z klasy - Paulina. Sąsiadka miała od czasu do czasu do nas zaglądać. Tego roku, tata mój po raz pierwszy i ostatni zrobił w baniaku coś, co nazywał winem a było to coś zrobione z owoców dzikiej róży. Widziałam nie raz jak ściągał to „wino" takim gumowym wężykiem, więc ja i Paulina pomyślałyśmy sobie, że nalejemy sobie po lampce na północny toast. Przedsięwzięciem całym zajęłyśmy się koło 21 i raz ja, raz ona ciągnęłyśmy przez ten wężyk i dopóki ciągnęłyśmy - „wino" leciało, jak przystawiałyśmy kieliszek nie.... tak chyba przez godzinę. Nie pomyślałyśmy, że baniak powinien stać gdzieś wyżej a nie na podłodze.... no, więc nie doczekałyśmy północy ani prawdziwego toastu. Upiłyśmy się wtedy po raz pierwszy w życiu i na kolejny raz czekałam wiele sylwestrów. Dzisiaj patrzę na to jak na swego rodzaju przepowiednie, zawodowo, bowiem zajmuję się winami, takimi z winogron a nie z dzikiej róży.
Sąsiadka nie powiedziała nic moim rodzicom, bo pewnie głupio jej było, że nie dopilnowała dwóch dziewięciolatek i oficjalnie jej za to dziękuję.
